Jak Polak z Węgrem epidemię powstrzymywali

Polak Węgier dwa bratanki. I do bitki z chorobami i do szklanki pełnej witamin. Przedziwne historie Kazimierza Funka i Alberta Szent-Györgyi’ego są aktualne do dziś, gdy musimy mierzyć się z epidemią nowego koronawirusa…

Kwitnąca tarnina, Podkarpacie

Rola witamin jest często umniejszana we współczesnym świecie. Skoro mamy nowoczesne leki, szczepionki, aparaturę medyczną, to czy jakieś witaminy, o których nie wolno mówić, że leczą, są jeszcze ważne? Zapominamy, że są nie tylko ważne, ale i niezbędne! Bez nich nasz organizm nie jest w stanie poprawnie funkcjonować. Wyobraźmy sobie nasze ciało jako wielką maszynę, która potrzebuje paliwa. Nie wystarczy nalać jej jednak samej energii (węglowodanów) i dorzucić trochę budulca, żeby nie runęły ściany (białek). Aby ta maszyna działała, potrzebne jest jej jeszcze dużo innych źródeł zasilania. Między innymi witaminy. To substancje chemiczne, które są przez nasze ciała wykorzystywane do regulowania wielu różnych procesów. Często ich rola jest bardzo skomplikowana, bo witamina trafiając do organizmu, jest szybko przekształcana do innego związku, ten związek uruchamia określoną reakcję, która pociąga za sobą produkcję innej substancji itd. Eksperci mówią więc o szlakach metabolicznych, czyli takich właśnie dróżkach, którymi kroczy jakaś (na przykład) witamina, tylko że już w zmienionej formie. Być może nadal niewiele byśmy o tym wiedzieli, gdyby nie polski badacz – Kazimierz Funk. To dzięki Funkowi świat w ogóle usłyszał słowo “witamina”. Stworzył je, gdy odkrył nieznaną wcześniej substancję. Trzeba zaznaczyć, że Funk nie był zwykłym naukowcem. Jego głód wiedzy była tak wielki, a umiejętności na tyle imponujące, że szybko piął się po szczeblach naukowej kariery w czołowych placówkach naukowych. Już w wieku 16 lat opuścił Warszawę i zaczął studia biologiczne w Genewie. Był rok 1900. Chemii uczył się na Uniwersytecie w Bernie. W wieku 20 lat miał już doktorat i ruszył do Paryża. Z Instytutu Pasteura przeniósł się do laboratorium w Berlinie, a gdy i tam brakuje mu nowej wiedzy, wyjeżdża do Londynu. W Instytucie Medycyny Zapobiegawczej Listera pracuje z innym Polakiem Ludwikiem Rajchmanem. Na początku XX epidemia beri-beri poważnie zagrażała wielu krajom, głównie w strefie tropikalnej i marynarzom. Część naukowców dowodziła, że jej przyczyną była dieta zbyt uboga w białko. Problem ten dotykał bowiem często osób, których posiłki składały się głównie z łuskanego ryżu. Funk nie popłynął na tej fali. Także przyjrzał się ziarenkom, ale nie tym, które jedli ludzie (prawdę mówiąc chodziło też o ptaki, bo eksperymenty przeprowadzano na ludziach i kurach), ale tym, co pozostawało po oczyszczeniu ryżu: otrębom. Wyizolował w nich dziwną substancję. Zawierała ona grupę aminową. Uznał, że ta grupa jest życiodajna i wyrzucanie jej z diety prowadzi do zaburzeń. Połączył więc słowa “amine” (azot z grupy aminowej) oraz “vite” życie. Razem z Rajchmanem opublikowali pracę, w której pojawiła się właśnie po raz pierwszy “vitamine”, czyli witamina. Substancja z otrębów została przez Funka lepiej zbadana i w końcu nazwał ją witaminą B, gdzie “b” pochodziło od beri-beri. Jaki wniosek możemy wysnuć z tego w obecnych czasach? Między innymi taki, że nadmierne przetwarzanie żywności nie służy nam najlepiej. Oczyszczone ziarna są pozbawiane ważnych substancji. Ryż bez osłonki (otrąb) jest ubogi w witaminę B1. Świat nauki zrozumiał dzięki Funkowi, że analizując żywność, trzeba patrzyć na nią uważniej. Obecnie o B1 możemy powiedzieć, że pomaga w – prawidłowym funkcjonowaniu serca;

– prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego; – przyczynia się do utrzymania prawidłowego metabolizmu; – pomaga w utrzymaniu prawidłowych funkcji psychologicznych.

A to przecież przykład tylko jednej z witamin należącej do całej grupy B. Funk poruszył lawinę. Zaczęło pojawiać się coraz więcej prac na temat witamin. Okazuje się, że część z nich nasza maszyna potrafi sobie sama wytworzyć, część jednak musi otrzymać z zewnątrz. Tak jest na przykład z witaminą C. Człowiek jest jednym z niewielu gatunków na Ziemi, który nie potrafi jej sam wyprodukować. A jest mu ona potrzebna. Według zgodnej opinii naukowców, co najmniej do następujących funkcji:

Pomaga w: – ochronie komórek przed stresem oksydacyjnym; – prawidłowej produkcji kolagenu w celu zapewnienia prawidłowego funkcjonowania naczyń krwionośnych, kości, chrząstki, dziąseł, skóry, zębów; – prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego; – prawidłowym funkcjonowaniu układu odpornościowego; – utrzymaniu prawidłowych funkcji psychologicznych;

– regeneracji zredukowanej formy witaminy E; – prawidłowym funkcjonowaniu serca; – prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego; – utrzymaniu prawidłowych funkcji psychologicznych; – zwiększa przyswajanie żelaza; – przyczynia się do utrzymania prawidłowego metabolizmu energetycznego;

– przyczynia się do zmniejszenia uczucia zmęczenia i znużenia; – przyczynia się do utrzymania prawidłowego metabolizmu energetycznego.

Lista jest imponująca i co ciekawe to tylko wierzchołek góry lodowej jaką jest działanie witaminy C, która przez chemików nazywana jest kwasem l-askorbinowym. Być może nic nie wiedzielibyśmy o tym kwasie, gdyby nie inne przygody marynarzy i węgierski naukowiec: Albert Szent-Györgyi. Znów na horyzoncie pojawia się wojna. nie tylko z chorobą, ale i taka prawdziwa. B1 pewnie dłużej dziesiątkowałaby cywili, gdyby nie problem z okrętami wojskowymi, których załogi umierały zanim w ogóle dotarły na pole bitwy. Beri-beri nie było jedynym wyzwaniem. Marynarze zmagali się także ze szkorbutem. Objawy były paskudne: krwawiły im dziąsła, wypadały włosy, paznokcie, zwykłe przeziębienie potrafiło zabić osłabiony organizm. Ha! Nam jest teraz łatwiej znaleźć odpowiedź na pytanie, co mogło być tego przyczyną. Jak spojrzymy kilka akapitów wyżej, to zobaczymy, że funkcjonowanie układu odpornościowego skóry, dziąseł, zębów jest związane z witaminą C. Tyle że na początku XX wieku nikt takiej listy nie posiadał. W ogóle nie wiedziano, co to jest witamina C. Dopiero dzięki węgierskiemu uczonemu poznano mechanizm jej działania. W 1928 roku podczas żmudnych badań Szent-Györgyi uzyskał z wyciągów z nadnerczy, kapusty i pomarańczy związek, który nazwał kwasem heksauronowym (potem nazwanym witaminą C). Jej nazwa także pochodzi od choroby. Kwas heksauronowy został zastąpiony nazwą kwas l-askorbinowy właśnie po to, żeby podkreślić związek z właściwościami przeciwszkorbutowymi. Węgier za swoje odkrycie otrzymał w 1937 roku Nagrodę Nobla. W tej historii pojawia się też inna ciekawa postać: Tadeusz Reichstein. To Szwajcar polskiego pochodzenia, który jako pierwszy zsyntetyzował witaminę C. To dzięki niemu dziś na masową skalę można produkować witaminę C. Dokładnie taką samą, jaka jest w roślinach.

W tej historii pojawiło się wcześniej jeszcze jedno nazwisko. Rajchman. Jego dokonania mają do dziś wpływ na walkę z epidemiami na całym świecie. Rajchmanowi zawdzięczamy choćby Państwowy Zakład Higieny (założył go w 1919 r. jako Państwowy Centralny Zakład Epidemiologiczny w Warszawie). Polski uczony swoją wiedzą chciał dzielić się z całym światem. W latach 1920–1921 był więc współorganizatorem Komisji Epidemiologicznej Ligi Narodów. Został także współzałożycielem UNICEF – Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci. Dzięki jego uporowi i ogromnej pracy w latach 1948–1951 wykonano około 30 milionów badań lekarskich i dostarczono 17 milionów szczepionek przeciwko gruźlicy w 22 krajach! Wiele lat spędził także w Chinach, współtworząc tam służby medyczne i epidemiologiczne.

Można powiedzieć, że historia Rajchmana, Funka i Szent-Györgyi’ego zatoczyła koło. Polacy i Węgier umożliwili światu zrozumienie wagi znaczenia witamin. Rajchman osobiście współtworzył chińską służbę zdrowia. Dziś w Państwie Środka do walki z koronawirusem używa się właśnie ich osiągnięć. Dziesiątki ton witaminy C podawanych jest profilaktycznie, a w szpitalach trwają badania kliniczne nad leczeniem zakażonych potężnymi dawkami kwasu l-askorbinowego.