Pierwszy dzień Powstania Warszawskiego oczami szefa II kompanii zgrupowania AK „Gurt”

– 1 sierpnia 1944 roku o godz. 17.00 („W”) wybuchło Powstanie Warszawskie. Do walki przystąpiło ok. 600 plutonów AK, liczących ok. 40 tysięcy żołnierzy. Chciałbym Państwu przekazać, jak pierwszy dzień opisał mój stryj – ppor. Marian Milewski „Czarny”, szef II kompanii zgrupowania AK „Gurt”, które brało udział w walkach w Śródmieściu-Północ (ul. Chmielna, Złota, Dworzec Pocztowy, Dworzec Główny) – Marek Kuchciński.

Słychać strzały ze wszystkich kierunków. Działko z wieży Dworca Głównego grzmi. Ma pod obstrzałem szeroki rejon: Aleje Jerozolimskie, Marszałkowska, Chmielna, a w odwrotnym kierunku do Żelaznej. Ulice spustoszały, mieszkańcy grupują się w bramach. Mijam Chmielną 67, gdzie mieszkałem. Pozdrawiają mnie znajomi, życzą zwycięstwa. Z dala widzę naszą pierwszą grupę, popychają spiesznie wózek z bronią. Są prawie u celu. Nagle… o zgrozo! Seria strzałów z Dworca Pocztowego. Ranny jest „Robur I” (Janusz Debba – podchorąży) i „Idea” (Henryk – plutonowy). Chwilowe zamieszanie. Wózek – ciężka riksza przechyla się, tylne siedzenie z kołem w górze. Trzeba ratować sytuację. Posuwam się ze swoją grupą skokami od bramy do bramy. Jestem na wysokości ostatniego domu przytykającego do Dworca Pocztowego, skąd padły strzały. Zatrzymuję oddział. Szybko wyznaczam funkcję. Na komendę ostatni wspólny skok do wózka. Doskakujemy, równoważymy i z pomocą wyczekujących w bramie wyjeżdżamy na podwórze. Broń jest rozdana bardzo szybko. Sam zabieram Piata z pociskami. Z piętra już lecą butelki z benzyną na Dworzec Pocztowy; budynek chociaż drewniany, nie chce się zapalić. Otacza mnie kilku akowców dotąd nieznanych. Jeden z nich to nasz przyszły bohater „Sokół” (Zbigniew Bornstead – podchorąży), drugi to zaledwie czternastoletni „Welek” – goniec (strzelec). Grupą złożoną z „Kuby”, „Nawróconego” (Jan Sznajder – p. poruczik), „Sokoła” i dwóch lub trzech, których pseudonimów nie pamiętam, udajemy się na trzecie piętro. Wybieram stanowisko przy oknie, ustawiamy Piata. Jestem prawie w stojącej pozycji. Nauczony doświadczeniem o silnym odrzucie proszę, by mnie trzymano. Strzelam na dach poczty, gdzie lecą butelki. Huk! Dach w płomieniach, a my mimo trzymających mnie silnych młodych rąk lądujemy po drugiej stronie pokoju. Pierwsze wrażenie po strzale z nieznanej dotychczas broni, pierwszy mój strzał w Powstaniu do nieprzyjaciela. Patrzymy na wynik. Drewniany budynek Dworca Pocztowego dzięki rozlanej benzynie z butelki pali się teraz jak pochodnia. Jedno gniazdo nieprzyjaciela, które o mało nie pozbawiło nas prawie całego stanu naszej broni, przez które mieliśmy pierwszych zabitych i rannych, przestało istnieć!